Wyjątkowy soundtrack do spektaklu dyplomowego - Warszawska Szkoła Filmowa, akademia, gimnazjum, liceum, kursy filmowe Warszawa

Warszawska Szkoła Filmowa publikuje wyjątkowe wydawnictwo muzyczne. W internecie dostępny jest już soundtrack do spektaklu dyplomowego "Sarny" w reżyserii Tomka Solicha. Spektakl został oparty na sztuce "Prostytutki" Eugeniusza Priwieziencewa oraz "Top Girls" Caryl Churchill. Za muzykę odpowiada Michał Biliński. Utwory powstały do spektaklu dyplomowego Aktorów, którego premiera odbyła się w czerwcu. W obsadzie znalazły się Studentki Warszawskiej Szkoły Filmowej: Iga Górecka, Sara Maria Drobniak, Marta Stuła, Matylda Stanejko, Róża Klekotko, Greta Burzyńska, Noemi Sopolińska oraz gościnnie Ada Stalewska (studentka II roku).

Brakowało muzyki. Czułem, że to musi być coś świeżego, coś napisanego specjalnie dla Grazi, Eli, Lidy Retro, Alki, Lady Bird, Miry i Wściekłej Małgorzaty. Chciałem czegoś, co będzie bezpretensjonalne, brudne i perwersyjnie naiwne - wspomina Solich. W ten sposób powstało 9 wyjątkowych utworów, choć to bardzo rzadkie, aby muzyka była pisana już na etapie spektaklu dyplomowego. - Są to utwory bardzo spersonalizowane. Tytuły utworów to w większości  imiona bohaterek. Powstały z naszej fascynacji tymi bohaterkami, tymi aktorkami, tymi Sarnami - dodaje Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej Tomek Solich. 

Zachęcamy do zapoznania się z materiałem dźwiękowym.

Poniżej znajduje się wywiad z Reżyserem spektaklu Tomkiem Solichem i Twórcą muzyki Michałem Bilińskim. 

Jak wyglądał proces tworzenia muzyki do spektaklu "Sarny"? 

T.S. Spektakl „Sarny” powstawał etapami. Kiedy poznałem obsadę (siedem fantastycznych aktorek) wiedziałem, że chcę im zaproponować coś, co nie będzie tylko „regularną pracą” nad spektaklem. Chciałem, aby materiał z którym przyjdzie się im mierzyć był nie tylko możliwością budowania postaci, „robienia roli” i pracy w zespole, ale również, aby dał im możliwość zamanifestowania swojej kobiecości, swojej siły. Sam byłem ciekaw, co z tego wyniknie. Postanowiłem z pełną premedytacją pchnąć dziewczyny w obszary, w których muszą „zabrać głos w dyskusji” (jednocześnie, czujnie unikałem ocierania się o publicystykę).  Splotłem ze sobą dwa teksty, o pokaleczonych współczesnych prostytutkach i silnych kobietach „symbolach” z historii. Złapały to, poczuły i wtedy zrozumiałem, że 7 aktorek to 14 dłoni uzbrojonych w pazury. Nagle otworzyła się przestrzeń do rozmowy o feminizmie, o patryjarchacie, o aborcji, o godności i o tym wszystkim, co od kilku tygodni rozpala całą Polskę do czerwoności.

Kolejnym etapem były improwizacje. Zaczęły pojawiać się kostiumy w genialnej interpretacji Ani Korzeb. Budowaliśmy relacje pomiędzy dziewczynami, stawialiśmy akcenty, odpowiedaliśmy  na pytania lub pozostawialiśmy je bez odpowiedzi.  Pojawił się silny motyw łączący dwa akty. Motyw Sarny.

M.B. Na hasło „Sarny” wiedziałem, że w to wchodzę.

Najpierw powstały postaci bohaterek czy procesy twórcze były równoległe?

T.S. No właśnie. Sarna jako postać archetypowa stała się doskonałym spoiwem dla dwóch, pozornie odrębnych światów. Miałem już Sarnę, miałem dziewczyny, które w cudowny sposób zaczęły interpretować stawiane przed nimi tematy. Brakowało muzyki. Czułem, że to musi być coś świeżego, coś napisanego specjalnie dla Grazi, Eli, Lidy Retro, Alki, Lady Bird, Miry i Wściekłej Małgorzaty. Chciałem czegoś, co będzie bezpretensjonalne, brudne i perwersyjnie naiwne. W związku z tym zadzwoniłem do mojego przyjaciela Bilińskiego...

M.B. ...pomysł mnie zaintrygował. Jestem reżyserem i montażystą. Czasami tworzę muzykę i ilustracje muzyczne, więc doszedłem do wniosku, że to może być bardzo interesujące wyzwanie.

T.S. Rozpoczął się etap „pogadajmy o sarenkach”.

M.B. Podjąłem decyzję, że nie chcę brać udziału w próbach. Budowałem swoje wyobrażenie o tym, czym ma być ten spektakl na podstawie rozmów. Długich, całonocnych dyskusji. Tomek opowiadał mi o punkcie zapalnym każdej kolejnej sceny, o tym, co aktorki wnoszą do każdej kolejnej sekwencji. I co jest najważniejszym, definiującym je zdaniem.

T.S. Historia każdej z nich otwierała przed nami bardzo ciekawe rewiry do dyskusji.

M.B. Umówmy się, że to najczęściej był nasz, męski punkt widzenia.

T.S.  Owszem, ale z dużym szacunkiem dla pań.

M.B. Starałem się przy okazji, w tych 9 utworach opowiedzieć pewną historię rozpoczynającą się o 20.00 a kończącą się wraz z sylwestrowymi wystrzałami szampana.

T.S. Znamy się z Michałem bardzo dobrze i wiem, że pisząc muzykę (ale także pisząc scenariusze czy reżyserując) chce trochę podrapać paznokciem po tablicy, chce żeby zabolało. Dla aktorek to był soczysty impuls do poszukania kolejnych rozwiązań, do poddania się energi płynącej z muzyki i przekucia tego w kolejne warstwy emocjonalne swoich bohaterek.

M.B Znam kolegę i wiem, że rzeczy, które robi muszą być zaczepne, nieoczywiste. Dlatego bardzo dobrze nam się współpracowało. Fajne było to, że gdy skomponowałem kolejny fragment, Tomek potrafił powiedzieć: "To nie to, szukamy dalej”.

T.S. Wtedy zaczynałem gadać od nowa. Rozmawialiśmy o zapachu sceny, o jej temperaturze. Wcześniej nie miałem takich doświadczeń (wykorzystwałem już istniejące utwory muzyczne), więc nie mam porównania, ale wydaje mi się, że poszło nam bardzo sprawnie. Jestem bardzo zadowolony z efektu.

Czy to częsta praktyka, że Spektakl dyplomowy posiada już własną, autorską ścieżkę dźwiękową?

T.S. W przypadku spektakli dyplomowych nie często, ze względu na koszt. Nam się udało. Jednak nie spotkałem się z muzyką pisaną dla siedmiu aktorek, która właściwie determinuje ich role. Są to utwory bardzo spersonalizowane. Tytuły utworów to w większości imiona bohaterek. Powstały z naszej fascynacji tymi bohaterkami, tymi aktorkami, tymi Sarnami. W naszym spektaklu muzyka stała się kolejnym bohaterem. Teraz może żyć swoim własnym życiem.

M.B.  Jeśli ktoś ma ochotę dać się zabrać w świat perwersji, bólu, nadziei i walki o godność to powinien posłuchać.

T.S.  Myślę, że to może być interesujące, kiedy przesłucha się tych utworów – a nie widziało się spektaklu. Można sobie „pointerpretować”. Dodam, że utworem zamykającym spektakl jest „Party Girl” Chinawoman/Michelle Gurevich, który w doskonały sposób wypuszcza powietrze, przynosi ukojenie.

Wydanie albumu z muzyką mogłoby pomóc w dalszym promowaniu spektaklu "Sarny"?

T.S.  Pewnie tak, ale traktujemy to hipotetycznie, gdyż Sarny rozpierzchły się już w swoje światy. Jak wcześniej podkreślałem, są piękne, utalentowane i silne. Trzymamy za nie kciuki. Pewne przygody się kończą, aby mogły zacząć się nowe. Ścieżka dźwiękowa zostanie. Może nadszedł czas na zrealizowanie słuchowiska radiowego na podstawie „Saren”? Kto wie?

M.B. Słuchowiska powiadasz.....róbmy!

T.S.  yo.

 

Feedback