„Młodzi i Film” na półmetku - Warszawska Szkoła Filmowa, akademia, gimnazjum, liceum, kursy filmowe Warszawa

Photon” Normana Leto, „Wieża. Jasny dzień” Jagody Szelc, „Atak paniki” Pawła Maślony – trzy tytuły konkursu pełnometrażowego festiwalu „Młodzi i Film” pokazują antypody młodego polskiego kina, doskonałe skrajności myślenia o ruchomych obrazach. To dowód nie tylko na to, że polskie kino jest w świetnej formie, ale też, że jego stan jest na tyle stabilny, żeby było w nim miejsce na tak ekstremalne wycieczki w głąb, jak filmy Leto i Szelc.

- Są twórcy, którzy chcą opowiadać swoje historie z punktu widzenia ludzi, codzienności, obiadu jedzonego przy stole. Ja wybrałem ina perspektywę – w „Photonie” patrzę na świat z perspektywy atomu – mówił Norman Leto tuż po premierze swojego brawurowego „Photonu”, w którym głos Andrzeja Chyry prowadzi nas przez fascynujące związki molekuł, życiowe wypadki DNA, czy ekscesy czerwonych karłów. Po tym wizualnym szaleństwie, które oswaja naukowy wykład, wychodzimy z kina z poczuciem spokoju, który daje spojrzenie na siebie z perspektywy nieskończoności, znalezienie dla siebie miejsca między kolejnymi rozdziałami filmu: pojawieniem się materii, początkiem życia a rozważaniami nad przyszłością.

 

Podobny spokój pozostawia „Wieża. Jasny dzień” Jagody Szelc – być może najmocniej dyskutowany film ostatniego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W Koszalinie wydaje się bardziej „na miejscu”, pokazywany w towarzystwie debiutów krótkometrażowych, które wydają się odważniejsze, bardziej osobiste, bardziej „po bandzie” od pełnometrażowych. W kinie Szelc rozpoznaję szaleństwo Mariusza Grzegorzka, wprawne rozbijanie znanej rzeczywistości wydarzeniami, które „nie śniły się naszym filozofom”, ekstremalnymi i nieobliczalnymi bohaterami, innym porządkiem, który drwi sobie z naszej wiedzy i doświadczenia. Taka jest Kaja z „Wieża. Jasny dzień”, której pojawienie się na rodzinnym spotkaniu ujawnia zupełnie inny, pierwotny porządek rzeczy. Wprowadza niepokój, ale ostatecznie uspakaja nową, nieskończona perspektywą.

  

 

„Atak paniki” Pawła Maślony w tym towarzystwie wydaje się uszyty niemal hollywoodzkimi nićmi – jego obecność w Koszalinie cieszy tym bardziej, przekonuje, że forma wystrzałowej komedii, napędzanej energią niczym z Guya Ritchiego, jest również narzędziem autorskiej wypowiedzi. Bohaterowie Maślony błądzą po życiu, przybierają jakieś postaci, zawody, żenią się, wyjeżdżają na wakacje, ale dawno stracili z oczu sens. Nie wiedzą, jak znaleźli się w tym „ciemnym lesie” z Piekła Dantego. Nie wiedzą, po co. Ale czasem zawracają – po siebie, po własne zakopane głęboko marzenie.

  

 

Półmetek festiwalu oznacza też, że trzy filmy z Warszawskiej Szkoły Filmowej - „Techno”, „Rodzina” i „Gwiazda Piołun” miały już swoje pokazy w konkursowych blokach krótkich metraży. Jutro ostatni z nich, „Córka” Mary Tamkovich, pokazywany niedawno na Krakowskim Festiwalu Filmowym i na festiwalu w Tel Avivie International Student Film Festival. „Córka” to mocna wypowiedź na temat odpowiedzialności: za tych, których kochamy i musimy chronić, za potomstwo, za wyrządzone zło. I o zmowie milczenia, w której rozmywa się moralność.

 

 

 

 

 

 

Feedback